Czy warto brać zaliczkę podpisując umowę z wydawcą?

Myślałam, że z każdą kolejną książką będzie łatwiej. Że ogarnę sobie proces, że rozłożę siły, że tym razem oddam tekst przed deadlinem. A potem znów było pisanie po nocach, redakcja, która wchodzi w ten sam moment co dopiski, i książka, która ledwo się zamknęła, a już była w druku. Znów to zrobiłam: wzięłam zaliczkę, podpisałam umowę na tekst, którego jeszcze nie było. I choć obiecywałam sobie, że już nigdy więcej… coś mnie do tego schematu ciągnie. Może to kwestia osobowości, może realiów rynku wydawniczego. A może po prostu – tak się pisze książki.

Dlaczego zawsze nas gonią deadline'y w pracy nad książką?

Różne są strategie autorskie walki z prokrastynacją. Jedna z popularniejszych brzmi: wezmę zaliczkę, to będzie większa szansa, że się wywiążę.

Tak właśnie zrobiłam, pisząc „Bułgarię. Złoto i rakiję”. Obiecałam sobie wtedy: nigdy więcej. Bo na ostatniej prostej książka była równolegle w trzech procesach: pisania, redakcji merytorycznej i… redakcji właściwej. Wszystko działo się naraz, pliki krążyły po mailach, a mnie śniło się, że zamieszkałam w książce. Tyle że to nie była żegluga po spokojnym morzu stron, tylko coś na kształt desperackiej walki o nieutonięcie.

W przypadku „Złodziejki matek” proces był dłuższy, miałam mentorkę, więc naiwnie wierzyłam, że ostatnia prosta będzie spokojna i stabilna. Ale los miał inne plany. Właściwa redakcja była długo odkładana przez wydawcę, a kiedy wreszcie się wydarzyła, okazało się, że okienko między redakcją a wysłaniem pliku do druku jest boleśnie wąskie. Znów więc były noce z laptopem, dopiski, wycinki. A tydzień później książka była już wydrukowana. Miałam dziwne uczucie – jakby ktoś wrzucił mnie z pokładu, zanim zdążyłam się pożegnać z załogą. Książka już żyła, była czytana, a ja nie zdążyłam się z nią naprawdę rozstać. I zaczęłam się zastanawiać: może to jednak nie przypadek? Może to nie tylko mój typ osobowości, tylko tak właśnie wyglądają te procesy?

A przecież do tego dochodzi jeszcze promocja. Blurbujący musi mieć czas, żeby przeczytać książkę – ale zanim w ogóle zacznie, dobrze byłoby, żeby tekst przeszedł redakcję i korektę. Efekt? Okienko na działania marketingowe staje się mikroskopijne. I pewnie nie tylko ja mam wrażenie, że na napisanie rekomendacji zawsze jest za mało czasu.

I wiecie co? Znów to zrobiłam. Podpisałam umowę na książkę, której jeszcze nie napisałam. Wzięłam zaliczkę. Bo od kiedy nie pracuję na etacie, mój cash-flow jest, delikatnie mówiąc, nieregularny. Trudno było odmówić zastrzyku gotówki.

Znam pisarzy, którzy konsekwentnie odmawiają zaliczek – mówią, że to tylko pomniejsza późniejsze honorarium, że to taki kredyt na samym sobie, na nieprzespanych nocach i własnych zasobach psychicznych. I mają rację. Ale najczęściej to ci, którzy mają inne źródła dochodu. Etat. Stabilność. Przywilej odmawiania.

Z drugiej strony, zaliczka działa jak bezpiecznik. Po pierwsze: wydawca ponosi ryzyko finansowe, więc bardziej mu zależy, żeby książka się sprzedała – to oznacza większe zaangażowanie w marketing. Po drugie: będzie nas puszował. A to, choć męczące, naprawdę zwiększa szansę, że książka w ogóle powstanie.

Umowa wydawnicza w praktyce

Zaliczka za książkę: jedna czy dwie transze?

Mądre jest rozłożyć zaliczkę na dwie transze — pierwszą przy podpisaniu umowy, drugą przy oddaniu tekstu. Dlaczego? Bo życie bywa nieprzewidywalne. Po drodze może się zdarzyć, że będziemy chcieli zrezygnować z wydawcy — z różnych powodów: rozczarowania współpracą, zmian w ofercie wydawniczej albo po prostu zmiany planów. Może się też wydarzyć coś w życiu osobistym: choroba, kryzys, wypalenie, które skutecznie zatrzymają nas w połowie drogi. Wtedy znacznie lżej psychicznie i finansowo rozwiązać umowę, oddając tylko część zaliczki. Rozbicie kwoty na etapy to taki bufor — daje poczucie, że jeśli coś się posypie, nie zostajemy z pełnym zobowiązaniem i wyrzutami sumienia. To sposób na zadbanie o siebie w procesie, który i tak bywa obciążający.