Radość Pisania – Magdalena Genow-Jopek

opowiadanie

 SĄSIADKA

Pomyślałam, że wyjdę z psem przed północą, póki jeszcze nie strzelali. Gdybym wiedziała, to wyszłabym wcześniej. Oddałabym wszystko, byleby t e g o nie widzieć. Oddałabym całą młodość za święty spokój, który bezpowrotnie utraciłam.

O dziwo, cała Bydgoszcz była biała. Pierwszy śnieg tej zimy. Koraliki lodu nanizane na gałęzie drzew. Biały puch okrył uliczny pył i brud – wszystkie psie kupy, pety i butelki po wódce zniknęły, zamieniając się w śnieżne rzeźby. Płatki leciały jak pijane na wszystkie strony niczym menele spod trójki, co od rana zaglądają do butelki.

Manio, mój rasowy kundel, też jakby miał w czubie. Śnieg działał na niego jak amfetamina. Przynajmniej tak ostatnio opisywali ludzi po zażyciu tego narkotyku w jakimś programie w telewizornii. Młody brodacz, z twarzy istny Dzierżyński, przekonywał, że wolne konopie należą się każdemu obywatelowi jak psu kość. Może by mi na reumatyzm pomogły?

Ach, Manio! Taki pełen życia i wigoru! Kiedy tak czochrał biały puch, smakował go, nurkował w śniegowe zaspy, to i mnie samej żyć się zachciało. Nie mogłam za nim nadążyć. Moje spróchniałe stawy skrzypiały jak nienaoliwione drzwi. Wsłuchiwałam się w swoje kości, w ich ponurą elegię. Słyszałam więcej, niż ortopeda widział na rentgenie. Ostatnio zrobili mi artroskopię, ale kolano ciągle pobolewało. Nadal grało jak grzechotka. Teraz czekam w kolejce na założenie endoprotezy biodra. Ale czy dożyję? I kto zaopiekuje się Maniem, jeśli umrę?

Zamieć napierała na chodniki, śnieg wsypywał się do koszy na śmieci, pod wycieraczki i w oczy. Na ulicach było pusto. Za to w oknach paliło się więcej świateł niż zwykle o tej porze. U Kaźmierczakowej grał telewizor. Na firance rysował się zarys jej drobnej głowy. Miała czerniaka skóry. Pewnie zejdzie tej zimy.

Poczułam, że Manio mi zaraz rękę urwie – szarpał, jakby kota zobaczył. Puścić go ze smyczy to się bałam. W ogóle mnie nie słuchał. Jak tylko widział innego psa, to zapominał, że ma właścicielkę. Dość długo tej nocy chodziliśmy, mówię – im dłużej teraz pochodzę, tym więcej się rano wyśpię, a jemu to się arsenał nigdy nie kończy. Zawsze pełen magazynek. Gdyby mógł, to obsikałby cały świat. Mój Maniulek.

Był dla mnie wszystkim. Reszta ode mnie odeszła. Mąż na zawał, a syn do Warszawy. Widzieliśmy się tylko na święta, bo taki zapracowany ponoć był, że do matuli czasu przyjechać nie miał. To kogo ja miałam kochać jak nie tego psa? U mnie życie zwyczajne. Ceniłam święty spokój i choć niewiele w życiu się dorobiłam, to też żadnych większych kłopotów nie miałam: rachunki na czas opłacone, nigdy mi prądu nie odcięli jak co drugiemu mieszkańcowi tej dzielnicy, wrogów też żadnych nie miałam. U mnie spokój to rzecz najważniejsza. A w mojej bramie same ochlejusy. Chętnie wyprowadziłabym się z Fordonu, ale już za późno. Kiedy była możliwość zamiany mieszkania na większe, to mój Henryk pukał się w czoło i mówił:, „Po co ci większe, synowi wtenczas nie będzie spieszno do wyprowadzki i jeszcze sobie jakąś paniusię przygrucha. Weź ty pomyśl, jak się będziemy na kupie męczyć, a do takiej kawalerki to nikogo nie sprowadzi”.

I tak oto jestem sama. Urodziłam się w Bydgoszczy, w Fordonie, tu wychowałam i pewnie umrę. Stary Fordon z więzieniem na rynku – zielony w okolicach Wisly jak butelka Lecha, śmierdzący przeszłością i psimi kupami, ale mój. To nie było dobre miejsce dla samotnej staruszki, ale co zrobić? Mąż się z tego świata zawinął i teraz nie ma mi kto robić ryżu na mleku. Brakuje mi tego smaku w życiu. Nie żeby dużo gotował, ale właśnie ten ryż z cynamonem stanowił jego specjalność. Czasem, kiedy wracałam z pracy, a jego już w domu nie było, bo szedł na nocną zmianę, to mi się tak miło na sercu robiło, kiedy w lodówce stało kilka porcji w metalowych miseczkach. Ten ryż był jak wyznanie miłości.

Poznaliśmy się pod markizami. „Wyglądasz mi na taką, co lubi rabarbar” – tak do mnie zagadał, kiedy ledwo osiemnastkę miałam skończoną i dorabiałam u ojca na straganie z warzywami. Poprosił o dwa kilo na kompot. Kiedy wręczałam mu resztę, przytrzymał chwilę dłużej moją dłoń, wciskając mi zmiętą karteczkę. Odszedł szybko, nie oglądając się za siebie, a ja schowałam liścik do kieszeni. Taką kolejkę miałam, że dopiero gdy po godzinie się uspokoiło, mogłam go odwinąć. Pamiętam jak wczoraj, że moje serce biło jakby z klatki piersiowej miało wyskoczyć. Teraz bym powiedziała, że był to wręcz stan przedzawałowy: „Jesteś najpiękniejszą sprzedawczynią rabarbaru na świecie. Dasz się wyciągnąć na kawę dziś wieczór? Będę czekał z rabarbarem w ręku o 19 pod Łuczniczką”. Długo jeszcze miętoliłam karteluszkę i co chwilę czytałam zaproszenie od nowa. Rabarbaru nie lubiłam, ale zakochałam się.

Śnieg padał i padał. Cały ten pejzaż był jak sen… A może mi się to śniło? W końcu mówią, że globalne ocieplenie nadeszło, a Fordon cały w śniegu. To było jak na tych holenderskich obrazach, które ostatnio w muzeum na wycieczce z klubem seniora oglądaliśmy – ludzie jeździli na łyżwach, trzymali się za ręce, a nad nimi padał śnieg. Właśnie tak się czułam – jak na tych obrazach.

Była bezwietrzna pełnia. Chmury przystanęły na niebie ubite jak zeschnięty wosk. Od razu mi się przypomniały roraty, kiedy po zgaszeniu świecy obserwowałam kapiącą parafinę opatulającą knot. Zdrapywałam ją paznokciem, a potem formowałam z niej małe kulki. Nie żebym przesadnie kościelna była, ale te roraty to jakoś tak lepiej mnie do świąt nastrajały.

Nagle Manio zatrzymał się i zaczął nerwowo węszyć. Wsadził nos w studzienkę kanalizacyjną i równie szybko go wyjął. Potem, jakby prowadzony na niewidzialnej smyczy, zaczął z nosem przy ziemi ciągnąć w stronę bramy. Musiał coś wyczuć. Kiedy byliśmy przez wejściem, zaskomlał jakby ktoś go za ogon pociągnął. Jeszcze nigdy tak nie wył, jak jakiś wilkołak czy co.

Z bramy dobiegło gardłowe „spierdalamy”. Jakby się stado żubrów poderwało. I bach, głuche trzaśnięcie drzwi od klatki schodowej.

Manio wszedł pierwszy do bramy, ale się cofnął. Spojrzał na mnie swoimi wielkimi ślipiami jakby chciał ostrzec. Nie ukrywam, zlękłam się. Coś się stało. Co robić? Z bramy wylewała się ciemność. Miałam wrażenie, że jest namacalna, że oblepia mnie i mrozi. Po chwili wahania ruszyłam, musiałam dostać się do domu.

Nagle jakby wszystko ucichło, łącznie z moimi skrzypiącymi kośćmi i świszczącym oddechem. Oczy otwarły mi się z przerażenia jak pięciozłotówki. Zobaczyłam dwa męskie ciała. Ich smród roznosił się po całej bramie, mimo siarczystego mrozu. Jakby któryś z nich w gacie narobił. Nie ruszali się. Czy żyli? Podeszłam bliżej. Z klatki schodowej w bramie wybijała łuna światła, pozwalając mi przyjrzeć się nieszczęśnikom. Mężczyźni byli półnadzy – mieli na sobie tylko spodnie, żadnej kurtki, bluzy, nawet podkoszulków nie mieli. Byli bosi. Pomyślałam, że musi być im zimno. A może wprost przeciwnie, zrobiło im się przyjemnie ciepło, bo właśnie umierają? Manio szarpnął za smycz tak mocno, że prawie bark by mi wyrwał. Ewidentnie się bał. Może jednak żyją?

Zawsze mi się wydawało, że mieszkać w dzielnicy, w której znajduje się więzienie, to nie jest dobry pomysł. Nastolatki po pijaku chodziły pod okna pomachać więźniom, dla wielu było zaszczytem posiadanie chłopaka zza krat. A potem się tacy włóczyli na przepustkach po Starym Fordonie. Pewnie to jedni z tych.

Naraz widzę, że ciała jednak podrygują, rzucają się jak dwie foki. Poczułam zbierający się pod kurtką lepki pot. Miałam wrażenie, że kapie miarowo, jak woda w rynnie, przelewając mój strach. Zastygłam w bezruchu. Czułam, że jeżeli dłużej tak postoję, to ten pot na mnie zamarznie. Nie mogłam się ruszyć – ta scena  podziałała na mnie jak widok Sodomy na żonę Lota – tyle, że ja zamieniłam się w słup potu. Manio znów mnie pogonił stanowczym piskiem. W końcu zdołałam się ruszyć, zbliżyłam się do ciał i zapytałam, czy nic się nie stało. Starszy się nie odzywał. Młodszy wyjąkał, nie podnosząc głowy:

– Nic nam nie jest, zaraz wstaniemy…

Potoczyłam wzrokiem po bramie – cała była umazana. Krew niczym ramka okalała bazgroły – jakieś „HWDP” i inne litery, z których rozumiałam tylko „Fordon pany”. Całość tworzyła upiorny kolaż. Nie widziałam jednak potencjalnych narzędzi zbrodni – noża, butelki czy popularnej ostatnio na Fardonie siekiery.

Gdzieś w pobliżu podjechał samochód, usłyszałam, że kierowca zaciąga ręczny, po co? Jeszcze mu zamarznie. Poza tym pozamykane okna i głucha cisza. Ten lub ci, którzy doprowadzili leżących do takiego stanu, musieli być blisko. Bardzo blisko. Może nawet nasłuchiwali z klatki schodowej. Ta myśl mnie otrzeźwiła – nic tu po mnie, w torebce noża nie nosiłam.

To poszłam do domu. Szczerze powiedziawszy – pobiegłam. Wklepałam nerwowo kod, miałam wrażenie jakby ktoś nas ścigał, jakby z ciemności miał się wyłonić amstaff. Wbiegliśmy na klatkę, zatrzaskując z hukiem drzwi. Oddech złapałam dopiero po przekroczeniu progu mieszkania. Sapałam, jakbym właśnie przebiegła maraton. Nie ściągając butów i płaszcza ruszyłam w stronę okna. Otworzyłam je i – starając się nie wychylać zbytnio – obserwowałam bramę. Z klatki schodowej, do której wejście znajduje się w bramie, wyszło dwóch mężczyzn. Ich twarze zasłaniały kominiarki. Chwycili oba ciała i zawlekli je w głąb bramy, gdzie było ciemno. Jakby te ciała nic nie ważyły, jakby pierze nieśli.

Usłyszałam trzask. Zaraz kolejny.. Łomot był okropny. Znam ten dźwięk. To kości mówią. Nie mogłam przestać patrzeć, choć przecież nic nie widziałam. Między jednym a drugim rzutem usłyszałam krzyk młodszego mężczyzny:

– Zostawcie go, już mu wystarczy!

Chyba go nie posłuchali, bo nadal było słychać uderzenia. Musieli walić starym, bo młody nie przestawał krzyczeć. Pod moimi butami zrobiła się kałuża, a Monio-odkurzacz zlizywał roztopiony śnieg ze smakiem. Wychyliłam się z okna, żeby coś dojrzeć. W głębi bramy widziałam szamotaninę. Młodszy próbował osłaniać głowę rękami, a kiedy kopniaki chuliganów skupiły się na starszym, to i jego próbował osłonić. Starszy się nie ruszał. Był bezwładny. Nagle młodszy znów zaczął krzyczeć:

– Pomocy! Niech pani policję wezwie!

W tym samym momencie jeden z bandziorów obrócił się i spojrzał w moją stronę. Momentalnie się schowałam, ale musiał dostrzec ruch w oknie. O Boże, widzieli mnie. Wiedzieli, gdzie mieszkam. Krzyki ucichły, znów było słychać łomot – kopanie w drzwi klatki schodowej, które puściły po piątym kopniaku. Nie chcieli być na widoku. Pewnie przeniosą się do środka, a potem przyjdą po mnieJezusku przenajświętszy, co ja narobiłam?!

Był sylwester. Zaraz zaczną strzelać. Wtedy już nikt nic nie usłyszy. Ale przecież cała klatka schodowa to słyszy! Musi to słyszeć! Dlaczego nikt nie interweniuje? Dlaczego nikt nie wzywa policji? Dlaczego ja tego nie robię?!

U nas wszyscy wiedzą, kto woła po policję. Nawet nie chodzi o to, że na policji jest kret, który przekazuje informacje, ale o to, że musiałabym zeznawać. Przecież nie zostałabym świadkiem koronnym! Przyznajcie – na moim miejscu zrobilibyście dokładnie to samo. Mylę się? Dlatego nie wezwałam policji.

Siedziałam jak na szpilkach. Nie, to nie jest dobre porównanie – siedziałam jak na gwoździach. Igły strachu wbijały mi się w zwoje nerwowe, plącząc je i sprawiając, że krew zaczęła krążyć w odwrotną stronę. Tak przynajmniej się czułam. Jakby mój świat odwrócił się do góry nogami.

W telewizji zaczęło się odliczanie: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Ja odliczałam sekundy do przyjścia po mnie zbirów. Wystrzeliły korki szampanów. Prezenterka w obcisłej czerwonej sukni ostentacyjnie przytuliła prezentera ubranego w koszulę w różowe paski. Ja nadal stałam w oknie jak sparaliżowana. Manio zaczął skowyczeć, kiedy wystrzały zrobiły się głośniejsze. wskazówką, gdzie nas . Zamknęłam okno – nie chciałam kusić złego. Nalałam szampana do kieliszka. Manio raz w roku dostawał trochę alkoholu, właśnie na sylwestra, ale żebyście nie myśleli, że ja mu codziennie piwo dawałam jak niektórzy! Tym razem jednak nie podzieliłam się z nim. Wypiłam całego sama. Nie mogłam się powstrzymać. Zajęło mi to niecały kwadrans. Żałowałam, że nie kupiłam więcej. Nie mogłam się uspokoić. Bałam się, bo mnie widzieli. Bałam się poranka, bo przecież będę musiała wyjść z domu.

Kiedy petardy przestały rozświetlać niebo, było jeszcze gorzej. Pozorna cisza mieszkania brzmiała złowieszczo: szumiące kaloryfery, płynąca w rurach woda, ciche buczenie lodówki. Telewizor wyłączyłam, żeby słyszeć kroki na klatce schodowej. Pomyślałam, że mój zamek do drzwi to żadna Gerda nie jest. Kupiłam go kiedyś na ryneczku i sąsiad założył. Głupia ja – trzeba było na raty wziąć jakieś solidne zabezpieczenie.

Manio był cały roztrzęsiony – zastanawiałam się, czy to przez petardy czy może też równie silnie jak ja przeżył widok w bramie. Oczywiście, że przez petardy. Wybaczcie, ale byłam w takim stanie psychicznym, że przekładałam swoje emocje na zachowanie psa.

Nie zmrużyłam oka przez całą noc. W dupę jeża z takim sylwestrem. Manio spał wtulony w starego, wytartego misia – początkowo przytulankę Maćka, mojego jedynego syna, a teraz poduszkę Mania. To był nasz prezent ślubny – odkąd miałam Mania, czyli przez siedem lat, miś został bardzo mocno wyprzytulany, wygnieciony, wyprany, tak więc z puchatego zwierzaka została tylko głowa, a reszta ciała przypomina po prostu szmatkę. Bez misia nie ma spania. Z nerwów zaczęłam wyskubywać z dywanu włosy. Moje, Mania. Za dużo kłaków nie było, bo to kundel à la jamnik. U mnie też już coraz mniej włosów na starość. Kiedyś byłam piękną blondynką o wielkich niebieskich oczach. Mój syn mówił, że są wielkie jak u Golluma z Władcy Pierścieni. Z czasem włosy stały się siwe i rzadkie, a skóra wokół oczu sflaczała, zyskując kurzy powab.

Brak snu nie był dla mnie problemem. W młodości spałam bardzo dużo. Najszczęśliwsza byłam, kiedy chorowałam na grypę – mogłam spać, ile wlezie i nikt się mnie nie czepiał. Tyle spałam, że nie odróżniałam snu od jawy. Teraz mam podobnie, tylko na odwrót. Tak mało śpię, że czasem na jawie mi się coś śni. Na przykład te ostatnie wydarzenia są jak sen, ale mimo, że już się trzy razy uszczypnęłam, to nic z tego – nie budzę się.

***

Ranek w końcu nadszedł. Dywan był jak nowy. Słońce wzeszło, ale zaraz jakby z powrotem schowało się za zasłoną z ołowianych chmur. Było tak ciemno, że mimo dnia musiałam palić światło. Najpierw uszykowałam sobie leki na cały dzień w specjalnym trójdzielnym pudełku. Poranną porcję umieściłam od razu w dłoni i połknęłam. Acard na serce, Simvacard na cholesterol, Prestarium na nadciśnienie, Olfen przeciwbólowo. Popiłam wodą z czajnika i poszłam do toalety. Manio poczłapał za mną – był jak cień, chodził za mną krok w krok. Wgapiał się we mnie jak w telewizor.

Wyjęłam z szafki nad kranem sztuczną szczękę. Noszę ją już od dziesięciu lat. Nie zadbałam o zęby za młodu, ale kto kiedyś o to dbał? Co najwyżej ludzie sobie srebrne zęby dorabiali. Nawet mój syn nie wie, że ją noszę. Wychodzę bez niej z domu w ustach tylko do kontroli u stomatologa. Wiem, że to dziwne i mogłabym ją wyciągnąć bezpośrednio u stomatologa, ale chyba każdy ma swoje dziwactwa. Jak dla mnie, to na wizytę musi być idealnie oporządzona – czyszczę ją wtedy dokładniej niż zwykle.  Zamawiam taksówkę, żeby nie spotkać kogoś znajomego w tramwaju, bo człowiek bez zębów to już nie człowiek, a zwierzę. Broń Boże, żeby mnie mój syn Maciek, tak mnie kiedyś zobaczył, bo to byłoby tak, jakby swoją matkę w grobie ujrzał. Patrzę na swoje odbicie w lustrze bez szczęki – widzę siebie taką, jaką naprawdę jestem. Może tak jest łatwiej odejść? Kiedy starość przypomina o sobie jak niewyleczona opryszczka na ustach. Czy te wszystkie wyfiolkowane Sophie Loren i Urszule Dudziak sądzą, że kogoś oszukają? Myślę, że tak naprawdę zwodzą same siebie. Ja przynajmniej wiem, na czym stoję.

Szoruję szczękę tak starannie, jak kiedyś zęby, ale pasty nie używam. Tylko mydło z wodą. Mój wiek można poznać po zmarszczkach jak wiek drzewa po słojach. Włosów dla przykładu nie farbuję – sama chemia i komu ja mam się podobać? Maniowi? On na mnie patrzy po zapachu. Rozczesuję te kilka włosów, co mi się ostały, mokrym grzebieniem.

Idę do kuchni. Manio za mną. Zaparzam herbatę. Piję fusiastą w szklankach z koszyczkiem. Mam jeszcze komplet ze ślubu. Dostaliśmy dwa, ale jeden się wytłukł przez te wszystkie lata. Zresztą większość moich sprzętów pamięta poprzednią epokę. Jakbym chciała zatrzymać czas swojej młodości.

Manio zaczął piszczeć. I tak będę musiała z nim w końcu wyjść. On jest tak nauczony, że nawet jak go kiedyś, jedyny raz, zostawiłam samego na dwa dni, to nigdzie nawet nasikane nie było. Taki pies. Po co jednak go męczyć?

Śnieg topniał, ukazując zwyczajne dekoracje Fordonu – nierówne chodniki, zmurszałe liście i  potłuczone butelki. Pety wychodziły spod śniegu niczym glisty. Po ścianach ciągnęły się esy-floresy z psich szczyn. W oknach suteren majaczyły groźnie kraty, nikt rozsądny nie mieszkałby tak nisko bez zabezpieczenia. Ten poranek był jak popłuczyny po sylwestrze, jak czkawka po zbyt obfitym posiłku.

Przed bramą wjazdową na podwórze stała karetka i radiowóz. Złapali ich – pomyślałam i uspokojona poszłam dalej. Po śniegu zostały tylko kopczyki przy krawężnikach ulic. Jakby ten zimowy krajobraz mi się przyśnił. Szliśmy ostrożnie, żeby Manio nie skaleczył sobie łapek – ulice ścieliły się szkłem. Przy skwerze Jordanowskim spotkaliśmy sąsiada z psem. Zapytałam go, co się stało, że karetka stoi.

– Lewandowski miał zawał. Nie przeżył.

Jego kundel o imieniu Kac rzucił się na Mania, więc pospiesznie odeszłam, nerwowo szarpiąc smycz. Manio też chciał się bić.

Zawał miał… Nie wiedziałam, czy wszyscy grają głupków, bo się boją czy faktycznie sąsiad myśli, że miał zawał. Że nie miał, to byłam pewna. Serdeczny palec u ręki dałabym sobie uciąć! Tak pewna byłam tego, co widziałam i co słyszałam. Ale co mi po tej pewności? Niepewne życie. Postanowiłam nie drążyć tematu i w żaden sposób nie zdradzać się, że wiem.

Kiedy wróciliśmy ze spaceru, policja nadal tam stała. Z bramy wyszedł lekarz w białym kitlu. Ładnie komponowałby się ze śniegiem. Zapytałam go, co się stało.

– Pan spod trójki zmarł na zawał – odpowiedział, nawet na moment nie przystając. Młody jakiś taki, pewnie niedoświadczony. W dodatku całą noc musiał nie spać. Miał identyczne sińce pod oczami jak ja.

Pewnie kopali starego tak, żeby nie było widać śladów. Już oni potrafią. Ale po co w takim razie policja?

***

Biały przeszedł w brązowy. Śnieg zamienił się w błoto. Znów było normalnie. Brud wyznaczał codzienność. Zużyte petardy, zapałki i gołębie odchody tworzyły obwódki płyt chodnikowych, które były rozmieszczone tak nierówno, że czasem zastanawiałam się, czy miejscowy ortopeda specjalnie ich nie powyłamywał, co by więcej pacjentów zdobyć. Nasze spacery nie były już jak z holenderskich obrazów.

Po kilku dniach dowiedziałam się, że policja nie wszczęła śledztwa. Syn zmarłego nie wniósł oskarżenia. Zeznał, że ojciec zmarł na zawał. No skoro nawet syn boi się zgłosić pobicie ojca, to dlaczego ja mam być jedyną sprawiedliwą na tym podwórku? Pomyślałam też, że diagnoza lekarska może jednak nie była mylna – przecież mógł dostać zawału od tej całej rzucawki.

Jedna z sąsiadek opowiedziała mi wczoraj, jak stałyśmy z siatkami przed klatką, że ta rodzina Lewandowskich to ma pecha. Trzy miesiące temu w dziwnych okolicznościach zmarł drugi syn tego, co miał zawał. Chłopak siedział w więzieniu i musiał kogoś sypnąć, bo tydzień po wyjściu przy bramie pojawiło się kilku młodych, wysokich karków. Zadzwonili po niego na domofon i zszedł, a godzinę później już nie żył. Że niby poszli na spacer na bunkry i on jakoś nieszczęśliwie spadł z murka, wprost na głowę. Ich trzeci brat nie dowierzał, że był to wypadek. Cztery sekcje zwłok zlecał. Ale nic nie znaleźli, a teraz to się z tego mieszkania wyprowadzili, bo światła się nie palą. No chyba że siedzą wieczorami po ciemku.

Nikt po mnie nie przyszedł. Nikt o mnie nie wypytywał. W skrzynce nie pojawiły się pogróżki. Moje okna nie zostały obrzucone kamieniami, a mimo to byłam niespokojna, bo wiedziałam, że brak działania, to też zły uczynek.

Kiedy opowiedziałam tę historię Maćkowi, to kazał mi kupić telefon komórkowy i brać na spacery z Maniem. Noszę go przy sobie zawsze naładowany, niczym medalion. Mania nauczyłam ostatniego spaceru o dwudziestej pierwszej. Później już nie wychodzimy. Zaczęłam zbierać na nowe zamki. Mimo że nikomu nic nie zdradziłam, boję się. Że oni wiedzą, że ja wiem. Strachliwa się na starość zrobiłam.

Zastanawiałam się, czy nie zaryzykować i nie wyspowiadać się z tego, co widziałam. Ulżyłoby mi. Czort musiał mi tę myśl podrzucić, bo ja w Boga tak do końca nie wierzę, ale diabła się boję. Z drugiej strony, jeżeli ksiądz uzna, że jestem współwinna śmierci niewinnego człowieka? Co ja wtedy zrobię? I co jeśli ksiądz nie dotrzyma tajemnicy spowiedzi i wyda mnie policji? Jak ja mu potem udowodnię, że to na spowiedzi powiedziałam, a nie na przykład po kolędzie?

***

Od sylwestra nie mogłam spać. Męczyło mnie wgapianie się w telewizor. Nie mogłam się skupić na czytaniu. Zmęczenie wisiało na powiekach jak niewidzialne ciężarki. Coś mnie gryzło. W głębi duszy bałam się, że zostanę nazwana mordercą. Bałam się oceny. Ta niepewność doprowadzała mnie do białej gorączki. Musiałam się przekonać. Postanowiłam więc pójść do spowiedzi. Mimo zimy ciągle było mi duszno jakbym znów menopauzę przechodziła. Pomyślałam, pójdę, to może wreszcie się wyśpię i przestanę pocić. W kościele było zimno jak w psiarni. Przy wejściu na stoliku wystawiona była woda święcona, ale nie brałam, bo u mnie dopiero w lutym mieli po kolędzie chodzić. Porcelanowe figurki świętych stały na baczność, jakby inna postawa była niegodna miejsca. Święty Antoni miał brwi jak moja sąsiadka – cienkie, czarne, jakby od szklanki odmalowane. Żeby świętemu takie babskie brwi malować? W nawach bocznych paliły się świece. Pachniało jeszcze kadzidłem – msze o siedemnastej zaczynały się procesją z zakrystii do ołtarza. Czasem, w chwilach szczerości, myślałam sobie, że ja chodzę do kościoła dla tego zapachu. Mówią, że Bóg jest niewidzialny, ale nikt nigdy nie mówił, czy Bóg ma zapach.

Wybrałam spowiedź w trakcie mszy, żeby ci z ogonka nie słyszeli, co mówię. Obserwowałam kolejkę i kiedy widziałam, że raczej nikt się nie pojawi (spowiedź kończyła się mniej więcej w połowie mszy), dołączyłam jako ostatnia do grupy grzeszników. Jestem ciekawa, czy gdyby poprosić o datek czekającego w kolejce do spowiedzi, to byłby bardziej skłonny do ofiary? Czy po takiej osobie widać, że była u spowiedzi? Bo po mnie tego nie było widać. Na stare lata twarz mi się zapadła i jedyna emocja, która na niej zastygła jak odlew, to złość. Za dużo się w życiu złościłam i teraz już za późno, bo nikt mi rzeźby zmarszczek nie zmieni.

Złościłam się na ludzi. Myślę, że nigdy ich nie polubiłam. Zawsze wolałam zwierzęta i bardziej było mi żal zwierząt w schroniskach niż dzieci w sierocińcach. Nikomu tego nie mówiłam, ale tak było. Ludzie mnie denerwowali.  Żadne zwierzę nie śmierdzi tak jak człowiek, zwłaszcza pijany. Zwierzęta nie zarzygują, nie są pazerne, nie zdradzają. Zwierzę nie mówi – i to jest w nim najlepsze, bo słowa ranią najbardziej. Ostatnio doszłam do wniosku że ja nawet nie przepadałam za mojej świętej pamięci rodzicami. Nie zrozumcie mnie źle – szanowałam ich, ale uważam, że mieli wstrętne charaktery i gdybym nie była ich córką, to nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. Nie cierpiałam też niezapowiedzianych wizyt – w ciągu ostatnich siedmiu lat odwiedziło mnie tylko pięć osób i to tylko dlatego, że nie znalazłam wymówki, żeby ich nie wpuszczać. Nie lubiłam też sposobu, w jaki ludzie na mnie patrzyli – wydawało mi się, że życzą mi źle. Nie dawało mi też spokoju  to, że w razie wojny ludzie nie pozwoliliby mi ratować Mania. Psy na wojnie się uśmierca. Nie widziałam bieżeńców, którzy by ciągnęli za sobą trzodę czy mruczka z dachu… Nawet jeżeli uciekłabym z Maniem, to inni nie pozwoliliby mi, by zwierzę zjadało porcje żywnościowe przeznaczone dla ludzi. Ja się bardzo wojny bałam, bo mama mi codziennie, zamiast bajek na dobranoc, o wojnie opowiadała. Jej rodzina w czasie wojny zjadła najpierw wszystkie kury, potem  koty i na końcu psa.  Świnie Niemcy odebrali.

Starannie wybrałam kapłana. Dla przykładu ksiądz senior Orłowski był tak głuchy, że musiałabym krzyczeć, żeby cokolwiek do niego dotarło. Skierowałam się do młodego diakona, nie pamiętam, jak mu było. Nie wiem czy z chłodu, czy z nerwów, ale zaczęłam się trząść. Długo nie czekałam. Po wyznaniu wiary nadeszła moja kolej. Czułam, jak paraliżuje mnie strach. A jeśli wyjdzie na jaw, jaka naprawdę jestem? Ja modlę się codziennie, ale nigdy za kogoś. Czasem próbuję, ale jest to wymuszone i sztuczne.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – wychrypiałam, bo gardło mi z tego zimna zaczęło szwankować. Kratki były tak gęsto rozmieszczone, że ledwo mogłam dostrzec rysy kapłana.

– Na wieki wieków – odrzekł ksiądz. Dostrzegłam nad koloratką szalik. Też było mu zimno.

– W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ostatni raz u spowiedzi świętej byłam miesiąc temu. Pokutę nadaną odprawiłam. Popełniłam następujące grzechy – wyklepałam formułkę i zrobiłam chwilę przerwy. Może jednak nie mówić? Przecież Bóg i tak wie, po co mówić księdzu? Ale Bóg nie zmyje z ciebie winy zaniechania – skarciłam się. Byłam surowa dla ludzi, a i owszem, ale najbardziej surowa byłam dla samej siebie.

– Opuściłam mszę świętą, źle myślałam o sąsiadach – zaczęłam od tych lżejszych przewinień. – Widziałam erotyczny film – dodałam. Długo się nad tym zastanawiałam, bo do końca nie wiem, jakie konkretnie sceny klasyfikują się pod grzech, ale chodziło o 9 i pół tygodnia – puścili w Nowy Rok i obejrzałam sobie. Każdy grzech jest dobry, żeby odwlec nieuchronne…

– Widziałam, jak człowieka zabijają i nie zareagowałam – wykrzyknęłam, jakbym rybę po złowieniu do wody wrzucała. Z wnętrza konfesjonału dobiegło szuranie i chrząknięcie. Dobrze, że nie musiałam patrzeć księdzu w oczy. Poczułam tylko jego ciepły oddech na policzku. Milczał. Kontynuowałam:

– Bili starszego mężczyznę w bramie. Następnego dnia karetka zabrała go do kostnicy. Ja wiem, że powinnam była zadzwonić po policję, ale niech ksiądz mnie zrozumie… Mieszkam sama, mam tylko psa i te bandziory pewnie by mi coś zrobiły w odwecie – próbowałam się tłumaczyć. Ksiądz nadal milczał. Zaczęło mnie to już niepokoić. Może myślał o jakiejś specjalnej pokucie? Zebrałam myśli i obejrzałam się, by upewnić się, czy ktoś nie podsłuchuje, ale nikt po mnie nie dosiadł się do kolejki.

– To nie daje mi spokoju, nie mogę normalnie żyć. Wyrzuty sumienia wyryły mi w duszy dziurę. Za wszystkie grzechy szczerze żałuję – westchnęłam.

Nie wiedziałam, czy dostanę rozgrzeszenie, ale i tak poczułam ogromną ulgę – po raz pierwszy o t y m komuś opowiedziałam. Słyszałam brzdęk dzwonków dobiegający z ołtarza – ministranci dawali znak reszcie wiernych, że pora uklęknąć. Przez dłuższą chwilę ciągnącą się w nieskończoność ksiądz milczał. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Pociągał miarowo nosem – już miałam mu zaproponować chusteczkę, kiedy się odezwał:

– Bóg dał nam wolną wolę, ale obarczył też odpowiedzialnością. To zawsze idzie w parze i nie ma wolności bez odpowiedzialności. I z taką sytuacją właśnie się spotkałaś. Musisz być odpowiedzialna przed Bogiem. To nie był przypadek, że widziałaś całe zajście. Bóg tak sobie to zaplanował. Chciał cię sprawdzić. Musisz złożyć zeznania. Tylko w ten sposób możesz z siebie zmyć grzech zaniechania. Niech to będzie twoją pokutą – powiedział i odsunął się od klatki konfesjonału. Ściszonym głosem zaczął wypowiadać formułkę rozgrzeszenia.

Czułam się zarówno dobrze jak i źle. Dobrze, bo otrzymałam rozgrzeszenie. Źle, bo wiedziałam, że pokuta mnie przerośnie. Poza tym, dlaczego Bóg miałby wystawiać mnie na próbę kosztem życia innego człowieka? Mój prosty umysł nie mógł tego ogarnąć. Z zamyślenia wyrwał mnie głos kapłana:

– I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wychwalajmy pana, bo jest dobry – powiedział, przybliżywszy swoją twarz do mojej. Mimo gęstej kratki dostrzegłam błysk w jego oczach. Zaświeciły się jak psu jaja.

– Bo jego miłosierdzie trwa na wieki – odparłam i pospiesznie wyszłam z kościoła.
Właśnie śpiewano „Ojcze nasz”. Sięgając po święconą wodę, aby się przeżegnać, usłyszałam: „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. Spojrzałam jeszcze na podłogę – wielkie brązowo-zielone płyty wyglądały jak szachownica.

Z Bogiem nikt nie wygra.

Popchnęłam z całych sił masywne drzwi – zaskrzypiały ciężko.

***

Niech już będzie wiosna, niech o tym zapomnę i zasadzę poziomki w doniczce. Dom pachnie pronto i cifem. Wyszorowałam podłogi, odkurzyłam każdy kąt – chciałam w ten sposób przywołać przedwiośnie. Manio bawił się mopem, jakby to suczka była. Nie wykastrowałam go, bo charakteru mu nie chciałam odbierać. Mój mały bezwstydnik dopadał też misia – starą zabawkę Maćka. Na początku mnie to raziło, ale potem zaczęłam mu pozwalać, no bo co on z tego życia ma?

Tyle co sobie piłeczkę poodbija – podrzuca ją i chwyta łapkami, jak bramkarz. Chodzi potem zadowolony z ogonem zakręconym jak u świnki. Manio często się drapie. Muszę przyznać, że specjalnie nigdy mu żadnego środka na pchły nie kupiłam, żadnej obroży na kleszcze, nic z tych rzeczy. Manio miał swojego misia, a ja miałam… pchełki. Uwielbiałam mu je wyciągać, tak jak niektórzy ludzie lubią innym wyciskać pryszcze. O tym się nie mówi w towarzystwie, ale tak jest.

Boję się, ale skoro ksiądz kazał, to pojadę na komisariat. Taka wola nieba. Muszę pozbyć się strachu, bo on gorszy jest niż nowotwór piersi, gorszy niż niedoczynność tarczycy i wszystkie inne choroby, które przechodziłam razem wzięte. Toż to nie może tak być, że ja na dźwięk domofonu podskakuje jakby na dole Al Pacino z włoską mafią stał. Nie może być tak, że wychodząc z bramy jestem spięta jak kot przed skokiem, a kiedy otwieram skrzynkę pocztową spodziewam się ujrzeć karteczkę z jakimiś pogróżkami. Tak się po prostu nie da żyć. Ociągałam się z wyjściem – niespiesznie założyłam kozaki, ostatnio chyba przytyłam w lewej nodze, bo nie mogłam dopiąć na niej zamka; opatuliłam się szalikiem, który uplotła mi jeszcze babcia (nie żebym była sentymentalna, raczej oszczędna) i nałożyłam czapkę. Kiedyś nie nosiłam zimą nakryć głowy, ale teraz lepiej schować te kilka kłaków, co się ostały na głowie. Pomachałam Maniowi, usta w dziubek ułożyłam i wyszłam. Zamykając drzwi na klucz słyszałam jak skomle z żalu. Serce mi pękało, ale co zrobić. Ruszyłam w stronę przystanku autobusowego. Szare kamienice ożywiały jaskrawe reklamowe płachty. Jedna z takich reklam zakrywała wszystkie okna kamienicy. Ja nie wiem, jak ci ludzie żyli z reklamą zamiast widoku w oknie. Niestety autobus szybko wyłonił się zza zakrętu. Nie sprzyjało mi dziś miasto – żadnych remontów na trasie, żadnych korków – autobus jechał w ekspresowym tempie zbliżając mnie do nieuniknionego. Poranne autobusy na Fordonie pełne były starych ludzi. Jakby to była ich pora. Każdy z nich wyglądał jak ja – stary, brzydki i pełen strachu.

Nie opuszczało mnie wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Oglądałam się za siebie jakbym chciała złapać swój cień. Zaglądałam w każdą mijaną bramę. Kimkolwiek był mój cień, raczej nie wejdzie za mną do komisariatu. Był to jedyny plus tej wizyty. Wnętrze komisariatu pomalowane było na klasyczną polską szarość, którą kamienice na Fordonie przybierały po deszczu. Swoje musiałam odczekać w kolejce do dzielnicowego. Byłam przyzwyczajona do kolejek – skończyły się te po chleb w PRL-u, zaczęły po doktorach w III czy IV RP. Bo ja już sama nie wiem, która to. A może to już V RP? Obnoszę to swoje poczucie winy po kolejkach. Moje sumienie to orzeszek podgryzany przez wyrzuty sumienia.

Kiedy w końcu przyszła moja kolej, weszłam do pokoju pewnym krokiem. Uścisnęłam dzielnicowemu dłoń najsilniej jak potrafiłam – słyszałam w telewizji śniadaniowej, że po tym poznaje się pewnego siebie człowieka, a ja nie chcę z siebie robić przestępcy. Przyszłam wyświadczyć wymiarowi sprawiedliwości przysługę.

Policjant miał oczy jak dwie pistacje – od środka sczerwieniałe, z zewnątrz blade i pomarszczone.  Chyba wczoraj przeholował, bo czułam od niego potem i niestrawioną wódką. W ogóle cały był blady jak trup – anemon, anemik czy jak to się mówi. Za oknem padał przeraźliwie biały śnieg – już mi się nie kojarzył z holenderskimi obrazami, raczej z lekarskim kitlem i śmiercią. Zagapiłam się w okno, jakbym liczyła, że szadź wyżłobi na nim jakiś znak albo wskazówkę. Nic takiego się nie stało.

Dzielnicowy odchrząknął znacząco i wbił we mnie spojrzenie sponiewieranego mopsa.

– Co panią do mnie sprowadza, bo chyba nie widok zza okna? – W jego oczach zapalił się uśmiech, choć w takiej oprawie – spojówki opadały mu opadały mu żałośnie jakby nie mogły przeciwstawić się sile grawitacji.

– A przepraszam, zagapiłam się. Kawę dziś piłam, ale i tak jakaś nieobecna jestem, niskie ciśnienie – powiedziałam i powiodłam wzrokiem po pokoju, po którym walały się stosy papierzysk. A niby komputery mają.

– Pani trzy wypije – doradził i spojrzał mi prosto w oczy. Nie wyglądał na pasjonata. Raczej na osobę, która po pierwszym roku pracy zaczyna odmierzać lata do emerytury. W sumie to dobrze. Nie będzie drążyć. Oparł brodę o knykcie i dał mi spojrzeniem znak, abym rozpoczęła.
Potoczyło się. Nawet mi głos nie zadrżał. Tym razem poszło szybko, chyba dlatego, że nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że patrzy na mnie zwierzę. Nic nie komentował – zupełnie jak mój Manio. Patrzył na mnie jak cielę na malowane wrota. Takich ludzi lubiłam. Takich jak najmniej ludzkich. Odezwał się dopiero na koniec:

– Proszę się nie obawiać. Policja jest od chronienia obywateli. Dobrze pani zrobiła składając zeznania – zapewnił.

Westchnął i podszedł do okna stając do mnie tyłem. Szkoda, że nie widziałam wyrazu jego twarzy, bo jego wzrok mógłby ją ostrzec.

– Do widzenia, panie władzo. – Wstałam i skierowała się ku wyjściu.

– Do widzenia – burknął, nie odwracając się w moją stronę.

Po wyjściu z komisariatu nie doznałam oczyszczenia. Nie poczułam się lekka. Nadal miałam wrażenie jakby do moich nóg przytroczone były worki pełne strachu.  Pokuta została odprawiona. Świat powinien wrócić do normy. Nic takiego się nie stało. Na dworze zapadła ciemność. Goły, smutny świat. Śnieg odbijał jaskrawe światło latarni. Jedynym pocieszeniem była myśl, że za chwilę wyjdę na spacer z Maniem.

***

Strach wychodził z szafek kuchennych, z bieliźniarki. Strach miał oczy mojego psa Mania, w strachu w lustrze się przeglądałam. Gdybym chociaż została świadkiem koronnym, ale nie, to przywilej zarezerwowany dla pruszkowskich gangsterów, a nie dla przykładnej obywatelki! Co za absurd, że tak dobrze są w stanie chronić oskarżonego mafioza, a zwykłemu świadkowi nie mają nic do zaoferowania!

Nawet na długich spacerach nad Wisłę nie zgubiłam strachu. Ciągnął się za mną jak ogon. Oprócz strachu niosłam torebkę z kupami Mania. Nie można się od prezydenta doprosić koszy na śmieci nad rzeką. Kilometry nieraz z gównem idę.

Mam wrażenie, że każdy wie, że jestem konfidentem. Tak w tej dzielnicy określa się sprawiedliwość. Oni widzą mój strach. Niektórzy ludzie jak psy wyczuwają u innych strach, a ja go zmyć z siebie nie mogę, mimo że szamponem z pokrzywy się cała opłukuję.

***

Od czasu wizyty na komisariacie zaczęłam codziennie chodzić do kościoła na mszę. Wstawałam skoro świt i o równej siódmej siedziałam już w ostatniej ławce w sąsiedztwie św. Antoniego Oprócz mnie ksiądz i kilkoro innych skazanych na poczucie winy, bo przecież nikt bez grzechu tak z rana by się na mszę nie zrywał. Chyba jestem heretyczką – przestałam wierzyć w odpuszczenie grzechów. Tamten ksiądz nie miał prawa mnie rozgrzeszać. Przeze mnie zginął człowiek.

Po mszy się przejaśniało. Zima zamieniła się w karykaturę jesieni. Było tak ciepło, że dzieci zaczęły chodzić bez czapek. Drzewa wyglądały jak kościotrupy, stragany na rynku jakby miały zaraz się zawalić, na niektórych balkonach wciąż trzymano drzewka bożonarodzeniowe – nowa moda się zrobiła na całoroczne choinki. Wiał silny wiatr – mówią, że to znak, że ktoś się powiesił. Na dodatek siąpił też deszcz. Słyszałam głuche bębnienie kropel o rynnę. Nie wzięłam parasola, więc drogę powrotną do domu przebiegłam, o ile staruszka ze skrzypiącymi kośćmi może w ogóle biec. Po drodze zaszłam do mięsnego, kupić Maniusiowi podroby. Gotuję mu je z kaszą, marchewką i jajkiem. Żadne tam gotowe karmy. Mój Manio lubi, kiedy pańcia mu pichci.

Wpisałam kod i weszłam do klatki. Śmierdziało martwą myszą. Pewnie znów deratyzacja. Kiedy zobaczyłam, że drzwi do mojego mieszkania są uchylone, przyspieszyłam. Musiałam z roztargnienia ich nie zamknąć. Żeby Maniulek nie uciekł!

Nikt mnie nie przywitał. Nie było go! Musiał uciec. Gdzie jesteś, maluszku? No przecież byś sam z domku bez panci nie wyszedł, ty strachliwcze mój. No, gdzie ty poszedłeś, co?

***

Przestałam się spieszyć do domu po porannej mszy. Pragnęłam, by droga do domu była jak najdłuższa. Zachodziłam do galerii, żeby zobaczyć, jak ludzie żyją, żeby sobie przypomnieć, że też jestem żywa. Siadałam na ławce i patrzyłam. Ci współcześni ludzie tacy wysocy i tacy dobrze ubrani.

Już nie chodziłam do mięsnego po podroby. Nie spacerowałam po skwerze Jordanowskim ani wzdłuż Wisły. Moje ręce odpoczęły. Nikt mnie nie szarpał ani nie ciągnął.

Wracałam tak, żeby nie wrócić – zachodziłam na rynek po warzywa, do mlecznego co dwa dni po plaster twarogu. Nie płaciłam rachunków na raz – każdy odstawałam w kolejce. Chciałam swoje odczekać. Miało się dłużyć. Już się nie bałam. Nie miałam się czego bać, bo czekałam na śmierć.

Goły, smutny świat. Świat bez niego. Jego ciepła. Goły, smutny świat.

Powiesili Mania na smyczy. Pochowałam go nad Wisłą z tą smyczą i leży tam Manio sam jak palec. Co prawda obok Bydgoszczy, we wsi Mochle, znajduje się cmentarz dla zwierząt, ale to za daleko dla mnie. Ja chciałam Mania codziennie odwiedzać. Nawet grobiku nie ma. Pochowałam go w jego ulubionym kocyku z misiem Maćka. Przy mordce położyłam przysmak z indyka, nie powinien się zbyt szybko rozłożyć, więc będzie Maniowi ładnie pachnieć. Nie lubię myśleć o tym, że robaki go teraz jedzą. Powinnam była według prawa oddać go do spalenia, ale nie mogłam. Najwyżej mnie ukażą, ale ja już niczego się nie boję. Nie ma już mojego Mania, mojego słoneczka. Ja zostałam. Za karę. Że widziałam i powiedziałam. Człowiek głupi jest i naiwny i jeszcze w Boga w ludzkie sprawy miesza. Reklamacji na spowiedź nie złożę. Bo komu?

Opowiadanie ukazało się w antologii „Wykup słowo”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.

Tutaj więcej szczegółów o akcji, której inicjatorką była Katja Tomczyk.